piątek, 29 stycznia 2016

Książka z serii dotknij i poczuj :)


Dawno recenzji książek nie było, więc wrzucam Lusi z jednych ulubionych. Książeczka jest z serii "dotknij i poczuj" wydawnictwa Olesiejuk. Mam sporo książeczek ich wydawnictwa ta jednak zdobyła najbardziej serce Lusi. Strony są grube, twarde, kartonowe. Obrazki są duże i wyraźne do tego takie typowe dla małych dzieci. Jest także tekst, jednak nie ma go za wiele co jest atutem w 1 książeczkach. Dziecko bowiem szybko się nudzi i ciężko mu usiąść i słuchać bajki. Bajka musi być krótka za to bogata w super ilustracje, które tutaj z pewnością znajdziecie. Książeczka ma tytuł "Czy jesteś moją mamusią? Mały miś polarny". Opowiada ona historię jak mały miś polarny się zgubił i szukał swojej mamy. Po kolei pytał napotkane mamusie innych zwierząt, czy są jego mamą. Za każdym razem słyszał odpowiedź i wyjaśnienie np. "Nie jestem Twoją mamą bo nie mam takich uszek jak Ty". Dzięki temu dziecko uczy się także cech zwierząt, że foka nie ma uszu, a miś je ma. Uczy się różnic między nimi, jak wyglądają. Na końcu miś znajduje swoją mamę. Książka posiada dodatkowy atut małe kółeczko białe pluszu. Na każdej stronie wypełnia brzuszek misia. Oczywiście to stanowi najlepszą atrakcje dla najmłodszych i nie tylko. Lusia podczas czytania bajki zagłaskała tego misia już z 1000 razy. Nie jest też droga za 10zł jesteśmy już w stanie ją kupić. Są też inne z tej serii. Polecam z czystym sumieniem bo książka na prawdę warta uwagi. 




środa, 27 stycznia 2016

BANANOWIEC :) ciasto dla alergika i smakosza


Ostatnio na fanpage ukazało się zdjęcie ciasta zrobionego przez męża. Obiecałam Wam przepis. Ciasto jest banalnie proste i pyszne :)
Są dwie wersje kremu podam Wam oba. Jedno przyda się dla mam alergików na mleko krowie :)

Potrzebne składniki:

Na ciasto:
  • 100 gram masła roślinnego
  • 2 szklanki mąki
  • 1/2 szklanka cukru
  • 1 1/2 szklanki wody gazowanej (może być jogurt naturalny)
  • 1 łyżka proszku do pieczenia
  • 1 łyżeczka sody
  • 4 łyżki kakao
Przygotowanie:
Margarynę rozpuszczamy i odstawiamy by trochę się ostudziła. W między czasie mieszamy ze sobą resztę składników za pomocą miksera. Na końcu dodajemy margarynę i miksujemy, aż uzyskamy gładką masę. Ciasto przelewamy do tortownicy o średnicy 24cm (wcześniej natłuścić i wysypać bułką tartą). Wstawiamy do rozgrzanego piekarnika 180 stopni. Pieczemy około 40 minut. Później zostawiamy ciasto do przestygnięcia. Kiedy wystygnie górę wydrążamy tak, aby powstała taka miska, musimy pamiętać o brzegach, aby został taki grubości 1,5-2cm ciasta i dno też w miarę by się trzymało. To ciasto, które wykroimy łyżką, kruszymy będzie to nasza posypka potem.


Na krem:

a) bez mleka krowiego

  • 6 bananów
  • 2 łyżki cukru pudru
  • sok z cytryny
  • budyń waniliowy
Gotujemy budyń na wodzie (dajemy mniej wody niż mleka). Odstawiamy do wystygnięcia. W tym czasie obieramy banany. 2 banany odkładamy na bok, resztę miksujemy na masę, dodajemy 1 łyżeczkę soku z cytryny i cukier puder. Potem dodajemy budyń i znów miksujemy. Teraz banany, które odłożyliśmy na bok przekrawamy na pół i układamy w wydrążonej dziurze ciasta. Na to wylewamy powstałą masę budyniowo-bananową. Posypujemy ciastem, które zostało przeznaczone na kruszonkę i wstawiamy na 2 godziny do lodówki. Potem można jeść :)

b) z mlekiem krowim

  • 6 banany
  • 2 łyżki cukru pudru
  • sok z cytryny
  • śmietanka 36% (400ml)
  • fix do śmietanki

Obieramy banany i układamy jak w wersji pierwszej w dziurze ciasta. Skrapiamy je sokiem z cytryny.Teraz ubijamy śmietankę i dodajemy fix do śmietanki, na sam koniec cukier puder. Miksujemy banany i dodajemy do śmietany. Gotową masę wylewamy  na banany ułożone w cieście. Na koniec posypujemy skruszonym ciastem na kruszonkę i gotowe

SMACZNEGO!!! :)



poniedziałek, 25 stycznia 2016

Kartonowy labirynt - milion zastosowań


Ostatnio znalazłam jakieś resztki kartonu i postanowiłam z nich coś wyczarować. Padło na labirynt. Najpierw wycięłam z kartonu prostokąt. Zagięłam jego boki do góry, to były pierwsze ściany naszego labiryntu. Teraz resztę kartonu pocięłam w paski mniej więcej szeroki na 5-8cm. Teraz ołówkiem naszkicowałam labirynt na prostokątnej podstawie. Zaznaczyłam wejście i wyjście. Mój labirynt ma dwie drogi do wyjścia i wejścia. Teraz przymierzałam paski kartonu i zginałam go w miejscach gdzie miał być zgięty. Tak, aby pokrył się idealnie z wcześniej narysowanymi liniami. Na koniec przykleiłam pasy już pozginane do podstawy za pomocą taśmy klejącej, można też użyć taśmy dwustronnej lub plasteliny i wbijać w nią kartonik. Ważne, aby się ścianki w miarę stabilnie trzymały. Teraz kiedy już labirynt jest gotowy, wymyślamy jak chcemy się nim bawić jest bowiem milion wariantów. A o to kilka przykładów:
1.Piłeczka w labiryncie
Potrzebne:

  • piłka pingpongowa (można użyć 2 wtedy są wyścigi)
  • dwie grube słomki
Ustawiamy piłeczkę na starcie i dmuchamy na zmianę z drugą osobą lub samodzielnie przez słomkę na piłkę, tak aby wprawić ją w ruch. W ten sposób "toczymy" piłkę od startu do mety.

2.Wyścigi. 
Potrzebne:
  • 2 słomki szerokie
  • 2 piłeczki pingpongowe 
Jedną piłkę ustawimy na starcie drugą na mecie. Dwóch zawodników siada każdy przy 1 piłce. Teraz na "czas start" zaczynają dmuchać w słomki. Ten który 1 dotrze do "startu" rywala wygrywa.

3.Ludziki
Potrzebne:
  • figurki typu kinder niespodzianka
  • kostka
Rzucamy kolejno kostką i przesuwamy się o wyznaczoną ilość kroków, wygrywa ten kto 1 wyjdzie z labiryntu. Oczywiście można urozmaicić o jakieś przeszkody i dodatkowe zasady. Dzięki temu uzyskamy całkiem fajną grę przestrzenną. 

4. Labirynt
Potrzebne:
  • figurki
Zwykła zabawa ludzikami, które właśnie weszły do labiryntu w poszukiwaniu skarbu :)

5. Labirynt dla myszki/chomika

U nas myszka także skorzystała z labiryntu i mogła sobie trochę pobiegać po większej płaszczyźnie. Ponieważ to mały cwaniak, przeskakiwała przez ścianki. No spryciarz chciała szybciej dotrzeć do nagrody :D



Jest jeszcze cała masa zabaw z labiryntem co tylko podpowie nam wyobraźnia :) Poniżej zdjęcia z naszej zabawy :)

 




Test Me Too testuj, recenzuj i poznawaj nowe produkty


       W internecie jest masa stron, oferująca testowanie różnych produktów. Chce Wam przedstawić stronę, która ma chyba największy wybór produktów. Produkty dobierane są odpowiednio pod testującego. Jeśli masz dziecko zaznaczasz to w ankiecie oraz jego wiek. Dzięki temu i ono może zostać małym testerem, a Ty później napiszesz recenzje tego produktu. Jest żywność, zabawki, gadżety codziennego użytku. Jedyne co musisz zrobić to się zarejestrować i wypełnić formularz. Potem będziesz dostawać ankiety do wypełnienia i czekać. Potem tylko przyjemne testowanie.

Zapraszajcie znajomych i twórzcie swoje grupy. Na prawdę warto. Kliknij w link Test Mee Too.


sobota, 23 stycznia 2016

Porównywanie dzieci- czyli krzywda jaką wyrządzamy dziecku.

Jak często słyszycie "A moje to już mówi. Twoje jeszcze nie?". Nie znoszę tych licytacji pomiędzy rodzicami, które dziecko potrafi więcej i lepiej. To jednak nie jest najgorsze. Najbardziej krzywdzące dla dziecka jest, gdy zaczynamy go porównywać. Często rodzice porównują młodsze dziecko do starszego rodzeństwa. Czy pomyśleliście wtedy choć przez chwile, jak czuje się Wasze dziecko? To, że ono nie potrafi pięknie rysować jak siostra nie czyni go gorszym on ma inny talent, może świetnie biegać. Czy Wy jako osoby dorosłe jesteście we wszystkim mistrzami? Jakoś nie zauważyłam, by same zdolniachy i ideały chodziły po tej planecie. Gdyby tak było nikt by nikogo nie potrzebował, a tak się uzupełniamy. Kolejnym problem jest porównywanie w rodzinie. Najczęściej babcie i ciocie porównują. Babcie do innych wnucząt a ciocie do swoich pociech. Zacznijmy od babć sytuacja z życia wzięta.
Jesteśmy u babci nagle słyszę "Wasza Lusia coś w ogóle mówi? Bo Lilunia (starsza kuzynka lat 5) to już tak ładnie wierszyki. No ale nie każde dziecko jest takie zdolne." Normalnie się zagotowałam. Jak na matkę przystało nie wytrzymałam. Oczywiście kulturalnie skomentowałam wypowiedź babci. Wytłumaczyłam, że nie przypominam sobie, aby jakieś dziecko w wieku 15 miesięcy mówiło wierszyki lub mówiło pełnymi zbudowanymi zdaniami. Moje dziecko nie jest gorsze, jest po prostu sobą. Oczywiście nastąpiła obraza u babci. No cóż. Takich sytuacji z milion było. "A nasza Gosia to już chodzi i tak wszystko rozumie, tyle potrafi. Oby Wasza tak umiała i była jak Pola." O nie, Lusia nigdy nie będzie jak Gosia, ona będzie sobą. Bo na tym to polega każde dziecko jest inne, tak jak dorośli ludzie. Znajdźcie mi dwóch identycznych ludzi. To nie jest gra w memo. Tutaj każde dziecko ma prawo rozwijać się we własnym tempie. Ma prawo umieć inne rzeczy niż jego kuzynka, koleżanka itp. Ono jest sobą, warto to uświadamiać rodzinie. Teraz dziecko małe, ale za jakiś czas będzie rozumiało. Jak ma się poczuć, gdy babcia mówi, że nie jest tak cudowny jak kuzynka/kuzyn. Dziecko się może nawet zamknąć w sobie, stracić wiarę w siebie. To takie ważne.
Teraz porównywanie ciociów/ wujków i innych. To chyba codzienność. Jak słyszymy "Jak ja miałam w twoim wieku córkę, to ona już więcej robiła". Cieszę się i gratuluje. Za to ja mogę dłużej być mamą i nacieszyć się tym, że jeszcze tak wielu nie potrafi rzeczy. Jeszcze tyle mogę jej pokazać czy to nie jest piękne? Po co mam to przyspieszać? Jak będzie chciała to się nauczy a ja będę ją w tym wspierać. Jak nie będzie chciała trudno, ważne, że próbuje i jest szczęśliwa. Czyż to nie jest prawda? Ile z mam posyła maluchy jak najszybciej na dodatkowe zajęcia. Masa. Wiecie co jest straszne jak widzę przedszkolaka w wieku 5 lat pokładającego się na dywanie. Nie ma siły się bawić, ani brać udział w zajęciach w przedszkolu. Wiecie czemu? Bo ma być super zdolny. I wczoraj po przedszkolu był na dodatkowym angielskim, karate, piłce nożnej no i jeszcze jakieś artystyczne bo to też ważne. I potem słyszę na korytarzu "Mój Franuś to wyjątkowo zdolny tyle rozwija pasji z pewnością będzie geniuszem" Inne mamy zazdrości zaczynają licytacje co ich dzieci potrafią i gdzie na zajęcia chodzą. Współczuje tym dzieciom. Bo one nie mają czasu się bawić, nie mają czasu się śmiać. Ja rozumiem posłać na 1 zajęcia dodatkowo bo dziecko uwielbia karate lub kocha pływać lub konie. No, ale bez przesady. Te dzieci jeszcze mają całeeeee życie na naukę i pracę. A wy chcecie je zadręczyć tylko po to, aby się mieć czym chwalić. Sorry, ale tak to wygląda. To są wasze ambicje, a spytaliście kiedyś na co ma ochotę dziecko zaproponujcie mu dla odmiany wyjście wspólnie z Wami do kawiarni, do kina. Jak myślicie co wybierze dziecko? Czas relaksu z rodzicem. Czas zabawy i smak dzieciństwa. Bo kiedyś trzeba się pobawić :) Zresztą przy zabawie też się dzieci uczą. Nie biegnijcie na wyścigi kto ma "lepsze" dziecko. Nie ma kogoś takiego jak lepszy czy gorszy. To są tylko Wasze dzieci, które chcą być sobą. Które są wyjątkowe i trzeba je kochać takimi jakie są, nie zmieniając ich na siłę dla naszych ambicji. Nie porównuj dziecka, myśl o nim jak o 1 jednostce. Ono jest sobą. Nigdy nie będzie jak Kasia pływać, ale zobacz ono pięknie rysuje ono Cię kocha. Czy dziecko ciebie porównuje? Chciałbyś? Jakbyś się czuł jako rodzic słysząc "Moja mama jest do kitu, mogłaby być jak Twoja. Taka ładna, mądra". Gwarantuje, że czulibyście się okropnie i podle. Więc dlaczego robicie to własnym dzieciom? Z tym pytaniem Was zostawiam sami się zastanówcie nad tym.

Układanka :) nauka pisania, czytania i liter.


Pewnie niektórzy z Was będą ją pamiętali. Jedna z lepszych układanek do nauki liter, pisania, czytania a nawet liczenia. W zestawie jest kilka pudełeczek każde pudełko zawiera inne elementy.
Ja część podczas wielu przeprowadzek czy w pracy zaginęło. Zostały mi:

  • litery pisane
  • litery drukowane
  • obrazki
  • liczby (kilka sztuk)
W zestawach są też znaki interpunkcyjne. Co czyni je wyjątkowymi? 
A no to, że już dziecko jest wstanie swobodnie układać z nich wyrazy. Wszystko za pomocą kliknięcia. Puste okienko nakłada się na to z pełnym polem i gotowe :) 


Zacznę od liter pisanych. Każde okienko to jedna litera. Jest umieszczona idealnie w liniach, tak jak to robi się w zeszycie do 1-3 klasy. Litera jest dokładnym odzwierciedleniem tego co powinno znaleźć się w zeszycie. Dziecko zapamiętuje kształt, a także w której linii co ma się znaleźć. Znaki interpunkcyjne także są w tym pudełku. Jedyne okienka gdzie są podwójne literki to są "Dź" "Dż" "Rz" "Sz" "Cz" "Dzi". Litery się powtarzają co jest bardzo ważne, gdyż jak chcemy ułożyć wyraz "LALA" musimy użyć dwa razy litery "L" i dwa razy "A". 

Kolejne pudełko to litery drukowane. Ta sama zasada co w pisanych, nie ma tylko linii i wszystkie są duże, gdyż nie ma małych pisanych. Też ilość każdej litery szczególnie "A" chyba z 5 sztuk mam.

 

Kolejne pudełko obrazki. Super sprawa podczas układania wyrazów. Możemy pokazać dziecku obrazek a ono musi ułożyć z liter wyraz. Można też na odwrót my wyraz, a dziecko szuka odpowiedniego obrazka. Obrazki przydają się też przy liczbach. Można liczyć domki, zwierzątka, pojazdy, zabawki :) Na tych klockach można też uczyć się zbiorów. Prosimy dziecko by podzieliło osobno obrazki z zabawkami, osobno z pojazdami itp. Super sprawa na długie godziny. 



Kolejne to liczby tych mam malutko. Poginęły nad czym ubolewam. Ale kilka się uchowało. Można układać zdania z liczbami lub działania :) Są też znaki "+" "-" "x" ":" "=" :) 


Prócz tego zabawa tą układanką może być zupełnie inna. Można po prostu łączyć klocki w jak najdłuższego węża. Kto szybciej ułoży wygrywa. Jak widzicie milion zastosowań i na zabawę i na naukę. Bo kto powiedział, że nauka nie może być zabawą i że musi być nudna :) 







wtorek, 19 stycznia 2016

Bałaś się kiedyś tak bardzo, że brakowało Ci tchu? Ja się bałam....

Każdy z Was z pewnością kiedyś się bał. Każdy ma bowiem jakieś lęki. Mój strach i koszmar zgotował mi lekarz ginekolog, nie życzę nikomu spotkania z kimś takim.

To było jak jeszcze byłam z Lusią w ciąży. Miałam wyjść ze szpitala na przepustkę. Ogromna radość, wreszcie spędzę choć 2 dni z mężem, w domu. To miał być cudowny dzień a przerodził się w początek koszmaru. Dwa dni przed wypisem pewien lekarz robił mi USG, uspokajał, że wszystko jest dobrze i sytuacja została opanowana (krwotoki, krwiaki i takie tam). Więc kiedy nadszedł dzień wypisu byłam spokojna, szczęśliwa. Lekarz na obchodzie, którego wcześniej kilka razy widziałam tylko, postanowił, że chce zrobić jeszcze raz USG dla pewności. No dobra, skoro to ma pomóc dziecku, to się zgodziłam. Chciałam zresztą wyjść z tego szpitala. Kiedy nadeszła moja kolej na badanie nie przypuszczałam, że spotka mnie coś takiego. Lekarz nie słuchał co do niego mówię. Byłam 10tc a on się uparł, że zrobi mi badanie genetyczne. Nie znałam się na tym, przyznaję się szczerzę, nie czytałam zbyt wiele o tym wtedy myślałam, by ustało krwawienie. Więc w sumie no dobra, fajnie jak trzeba niech robi sobie pomyślałam. Nagle zapadła cisza. Zaczęłam pytać czy wszystko w porządku, czy dziecko żyje? On milczał. Nagle się obrócił w moją stronę i zaczął na mnie krzyczeć, bo spokojnym tonem nazwać tego nie można było. "Jak Pani śmie pytać czy to żyje, ja bym się cieszył na Pani miejscu jakby to zdechło, to będzie potwór, chce Pani patrzeć jak się urodzi i umrze, czy urodzić martwego. To ma chyba wszystkie możliwe wady" Płakałam, cała się trzęsłam, a on mówił dalej te straszne rzeczy, po chwili wystawił mnie za drzwi, jak wystawia się domokrążców co chodzą by coś sprzedać po domach. Ja stałam przed drzwiami ryczałam jak dziecko i nie mogłam się uspokoić. Dobrze, że jakaś pacjentka, która tam przechodziła się mną zainteresowała i zaprowadziła mnie na salę oraz zawołała położną by dała mi coś na uspokojenie. Na sali inne dziewczyny pytały co się stało, ale ja nie byłam wstanie słowa z siebie wydusić. Próbowałam dzwonić do męża, jednak on nie odbierał, wiedziałam, że na pewno nie ma teraz przerwy. Zadzwoniłam po siostrę. Jedyne co byłam wstanie z siebie wydukać przez łzy to "Przyjedź jest źle. Błagam" Przyjechała, oczywiście twierdziła, że przesadzam i panikuje. Tabletki na uspokojenie zaczęły działać. Opowiedziałam jej to co powiedział mi lekarz, a ta mi nie uwierzyła. Poszła do lekarza, a ten powiedział jej to samo. Używał tych samych zwrotów. Mało tego, kazał jej namówić mnie na aborcje i to najlepiej już natychmiast. Wiedziała, że sama tej decyzji nie podejmę. Nie chciał dać mi wypisu, choć miałam wyjść. Wypisałam się więc sama. Nie dostałam nic, żadnych zaleceń, recepty. Nie miałam ubrań, niczego. Siostra zabrała mnie dosłownie w piżamie i klapkach do siebie do pracy, bo klucze miał tylko mój mąż do naszego mieszkania, a on nadal nie odbierał. Kiedy dojechałyśmy do jej pracy, posadziła mnie w jakiejś sali pustej a sama poszła pracować. Spróbowałam dodzwonić się do męża raz jeszcze. Tym razem odebrał. Opowiedziałam mu wszystko, a on nie mógł przyjechał. Dopiero po 16 mógł być a była dopiero 12. To był jakiś koszmar. Siedziałam sama i już nie miałam nawet czym płakać. Zaczęłam mówić do brzuszka, w sumie do dziecka, że to nie prawda, że je kocham, że damy sobie radę. Potem moja siostra przyszła przyniosła mi jogurt, nie miałam ochoty jeść. Siadła i zaczęła mnie namawiać do aborcji. Miałam ochotę ją walnąć. Gadała jakieś bzdury "Po co ci chore dziecko? To problem na całe życie, pewnie i tak umrze i chcesz na to patrzeć? Może to miało umrzeć, abyś urodziła drugie zdrowe. Jesteś młoda" No słowo daje w tam tej chwili oczekiwałam wsparcia a dostałam kubeł zimnej wody, jakbym mało się nasłuchała w szpitalu. Wreszcie przyjechał po mnie Piotrek, moja siostra jemu też nagadała tych "mądrości". Bogu dzięki, że on myślał, jak ja. To było nasze dziecko. Nie jakiś przedmiot, nie obchodziło mnie zdanie innych. Ja chciałam je urodzić, przytulić, a jeśli było by chore to leczyć, ratować. Ja pracowałam z dziećmi, które zostały porzucone, bo miały wady genetyczne i co? I były te dzieci kochane, cudowne. Po powrocie do domu odbyłam długą rozmowę z mężem. Mieliśmy oszczędności z wesela. Miały iść na co innego, ale to było ważniejsze. Postanowiliśmy zrobić profesjonalne badania genetyczne. Nie mogły być inwazyjne, bo to w moim przypadku groziło poronieniem. Dzwoniąc do kliniki, gdzie przyjmował jeden z lepszych genetyków w Polsce dowiedzieliśmy się, że takie badania wykonuje się między 11 a 13 tygodniem ciąży, a najlepiej 11,5-12,5tc. To już był sygnał, iskierka nadziei. Bo w szpitalu nie byłam w żadnych z tych tygodni ciąży. Zaczęliśmy się z mężem modlić codziennie różańcem. Wierzyłam, że skoro Bóg sprawił, że zaszłam w ciążę, a według lekarzy jestem bezpłodna, to niemożliwe by teraz mi je zabrał. Nikt nie wierzył, że będzie dobrze. Wyjechałam do siostry by tam mieszkać, ona miała wolne więc do czasu badań i wyników mogła się mną zaopiekować. Mąż przyjeżdżał codziennie przed pracą lub po pracy. W zależności od zmiany. Dzwonił. To był bardzo trudny czas. Świeżo po ślubie zamiast cieszyć się sobą my byliśmy rozdzieleni. Atmosfera była grobowa. Jadłam tylko po to, by dziecko miało siły. Z nerwów zaczęłam wymiotować. Kiedy poszłam na badania tak strasznie się bałam, podczas USG nie mogłam oddychać. Lekarz mówił, że porównamy to z wynikami krwi za 2 tygodnie. Za ile? To były najgorsze 2 tygodnie w moim życiu. Łącznie miesiąc bo najpierw czekanie na badania a potem na ich wyniki. Kiedy nadszedł ten dzień. Moje siostry dzielnie wiernie dalej były za aborcją, chciały mnie namówić. Poszłam z mężem do gabinetu. Siedzieliśmy jak na ławce skazanych, czekając na wyrok. Wreszcie padły słowa lekarza tak długo wyczekiwane "Pani dziecko jest zdrowe, nie znajduje tu żadnych wad. Nie wiem , kto Państwu takich głupot nagadał". To była najlepsza wiadomość na świecie. Oczywiście z wynikami poszliśmy do szpitala i znalazłam tego lekarza "idiotę", który wcześniej tak mnie badał i potraktował. Pokazałam mu wyniki, oczekiwałam słowa skruchy, przeprosin, a usłyszałam "No i co? Bywa, a teraz proszę mi nie przeszkadzać nie mam czasu". No co za bezczelny typ. Wróciłam do domu. Emocje i nerwy zaczęły puszczać, niestety odbiło się to na zdrowiu i ciąży. Dostałam skurczy i wylądowałam w szpitalu, ale w innym. Nie chciałam leżeć tam gdzie ten "super" lekarz pracował. 
Piszę Wam to po to, abyście wiedziały, że lekarz lekarzowi, nie równy. Ja się potem dowiedziałam, że ten w szpitalu nie miał kwalifikacji, aby wykonywać mi to badanie, nie miał prawa tak mówić i tak mnie potraktować. Jednak może na Waszej drodze też stanie taki lekarz, to pamiętajcie, nie poddawajcie się. Najważniejsza jest Wasza intuicja i jednak porównanie diagnozy z innym lekarzem. Mam nadzieję, że Was nigdy nie spotka jednak taka sytuacja. Ja teraz w 2 ciąży i 26 stycznia idę na badania genetyczne. Nie boję się już, choć wspomnienia z 1 ciąży wróciły, to taka lekcja. Teraz patrzę na tam tą sytuację, z innej perspektywy. Moja wiara i mojego męża, modlitwa oraz to, że się nie poddaliśmy spowodowało szczęśliwe zakończenie tej okropnej sytuacji. Życzę Wszystkim kobietą w ciąży, aby miały same szczęśliwe zakończenia nawet w trudach. :)


środa, 13 stycznia 2016

Pudełko kolorów


Tak jak obiecałam pokażę Wam jak zrobić pudełko kolorów. Jednak może ono mieć też inne zastosowania.

+
Potrzebne:

  • nie duży kartonik
  • kolorowe nakrętki
  • papier kolorowy najlepiej samoprzylepny
  • taśma klejąca 
  • nożyczki
UWAGA!!!
Jeśli chcemy wersje z obrazkami warto powycinać obrazki z gazet kolorowych.

Przygotowanie:

W kartoniku wycinamy otwory tyle ile chcemy kolorów (zbiorów). Otwory nie muszą być duże, mają być takie, aby spokojnie zmieściła się w nich nakrętka. Teraz oznakowujemy otwory wycinamy kwadraty z otworem lub same otoczki okrągłe z papieru kolorowego i przyklejamy wokół otworów. Teraz jeśli nie mamy tylu kolorów nakrętek możemy na wierzch każdej nakrętki nakleić kółeczko danego koloru. Taśmą zabezpieczamy pudełko przed rozłożeniem. A teraz zabawa. Dziecko może wrzucać odpowiednią nakrętkę do odpowiedniego otworu np. żółta nakrętka - żółty otwór. 

Jeśli mamy starsze dziecko i chcemy wersje obrazkową. Możemy na każdą nakrętkę nakleić np. kilka obrazków zabawek, mebelków, kwiatków. Wtedy na pudełko zamiast kolorów na górze nad otworem oznaczamy dany zbiór w tym przypadku będą np. zabawki- (naklejamy misia) mebelki- (naklejamy szafę) kwiatki (jakiegoś dużego kwiatka)

Pudełko można przerobić też na zabawę w memo. Wycinamy np. 8 otworów, 2 rzędy po 4 okienka. Oznaczamy je np. kolorami. Potem oznakowujemy nakrętki. Odwracamy nakrętki do góry nogami (Ważne, w tej zabawie, nakrętki muszą być jednakowego koloru, różnią się tylko naklejonym kolorem na górze). Dziecko odkrywa jedną nakrętkę i próbuje dopasować do otworu. Wersją trudniejszą będzie, że trzeba znaleźć 2 nakrętki z jednym kolorem i dopiero wtedy można wrzucić przez odpowiedni otwór. 


:) Miłej zabawy



video





Przepis na super ciastolinę, która jest niczym guma :)

Hej ho, za oknem szaro i ponuro. Więc  trzeba coś w domu fajnego z dziećmi porobić. Zapewne wszyscy znają ciastolinę i tą ze sklepu i ta robioną. Jednak jest też inna ciastolina taka jak guma lub plastelina. Jest trochę łatwiejsza w utrzymaniu czystości i ma więcej fajnych możliwości. Dziś  zdradzę Wam na nią przepis.

Potrzebne będę:

  • 3 szklanki mąki
  • 1/2 szklanki soli
  • 1 galaretka chodzi o kolor i nadaje "gumowatość"
  • 3 łyżki oleju
  • 1 szklanka gorącej wody
Wszystkie składniki ze sobą mieszamy. Potem można dodać jeszcze barwnika spożywczego dla uzyskania bardziej wyrazistego koloru. I gotowe :) Teraz można lepić, rozciągać.

Przechowywanie:
woreczek foliowy zamknięty i wkładamy do lodówki. Tak można przechowywać nawet 3 tygodnie. Przed każdą zabawą warto trochę wcześniej wyjąć i zostawić na blacie w kuchni, by doszła do temperatury pokojowej. Może być troszkę twarda, jednak już po chwili ugniatania będzie taka jak za 1 razem.