środa, 30 grudnia 2015

6 czy 7 latek w szkole? Czyli dwie strony medalu, a Ty się Rodzicu zastanów.

A no ostatnio burzliwie się zrobiło z powodu zmian w edukacji. Mianowicie mowa o cofnięciu obowiązku szkolnego dla 6 latków. Drogi rodzicu przedstawię Ci teraz za i przeciw patrząc oczami nauczyciela i rodzica.


  • Z pewnością Twoje dziecko będzie szybciej czytało i liczyło jednak czy to w życiu jest najważniejsze, aby jak najszybciej to potrafić? Czy nie jest to tak, że to rodzic chce by dziecko umiało, aby się nim chwalić, bo ono potrafi, a Twoje nie? Pomyśl
  • To, że pójdzie rok szybciej do szkoły oznacza także, że pójdzie szybciej do pracy. A Ty lubisz chodzić do pracy? Czy gdybyś miał wybór nie chciałbyś mieć tego roku na zabawę i jeszcze cieszenie się bycia dzieckiem?
  • W kilku krajach dzieci idą szybciej do szkoły owszem, ale tam i edukacja i praca wygląda inaczej. Oraz dziwnym trafem w tych krajach w cale dzieci nie są bardziej zdolne. Jak to Tobie się wydaje to tylko nagłośnienie mediów.
  • To, że teraz dziecko liczy i czyta, nie oznacza, że emocjonalnie dorosło do tak dużych zmian. Szkoła to mimo wszystko już pewne wytyczne siedzenie w ławce, przerwy, 45 minutowe zajęcia, lekcje do odrabiania. Jeśli Tobie się wydaje, że da radę gratuluję, ale aby potem nie było płaczu, że nauczyciel mówi w 3-4 klasie "Pani dziecko sobie nie radzi", albo nagle wszystkie mają ADHD, bo nie mogą usiedzieć w bez ruchu w ławce
  • Szkoły są przystosowane do dzieci 6 letnich, ale co z tego jak nauczyciele są starsi i nie umieją zmienić swojego nauczania. Dla nich szkoła to szkoła a nie przedszkole i jeszcze "niańczenie" każdego dziecka. Brzmi brutalnie, ale to prawda. Nauczyciel zajmuje się uczniami w szkole bardzo zdolnymi i tymi bardzo nie radzącymi sobie. Te dzieci po środku są bo są. Tak po prostu jest.
  • Tobie się wydaje, że szkoła to nauka, ale przedszkole to też nauka tylko po przez zabawę. Dziecko uczy się jak jest małe szybciej bo chłonie, nawet obserwując Ciebie w czynnościach codziennych się czegoś uczy, to nie świadczy o tym, że jest genialne. Ono jest normalne. Tak jak w wieku 3-5 lat zadaje milion pytań to jest normalne, a nie dlatego, że chce iść do szkoły.
  • Dzieci, które chodzą do szkoły i się cieszą super, poczekaj do 4 klasy i będzie płacz. Bo nagle szkoła nie będzie fajna. Zmienia się system nauczania, nauczyciele. 
  • Tobie się wydaje, że rok to mało, a ja Ci powiem, że bardzo dużo znaczy ten rok w rozwoju. Przez ten rok wiele się dzieje. Następują 3 skoki rozwojowe bardzo istotne dla Twojego dziecka.
  • Mówisz, że jak pójdzie do szkoły to luksus dla Ciebie? To pomyśl, że są dwie zmiany lekcji raz na rano raz na popołudnie. I co wtedy? Nie pójdziesz do pracy? Dziecko ląduje w świetlicy bladym świtem samo lub z kilkorgiem dzieci. Nie ma zabawek nie wiadomo co robić, są jakieś gry, ale świetlica jest dostosowana do szkoły, a nie do dzieci mimo wszystko w wieku przedszkolnym. 
  • Myślisz, że w świetlicy odrobi lekcje i Ty będziesz mieć z głowy? Błąd dziecko będzie może próbować coś zrobić, ale to Ty po pracy będziesz musiał usiąść z dzieckiem i zrobić z nim zadania, wytłumaczyć jak czegoś nie rozumie. Nauczyciel bowiem, nie będzie skupiał się na Twoim dziecku, bo ma pod swoimi skrzydłami jeszcze 29 innych. On idzie z materiałem
  • Podręcznik wszyscy szczęśliwi bo darmowy, tylko sporo szkół nie dostało odpowiedniej ilości i nastał problem, rodzice musieli kserować, kupować taki psikus.
  • Są dzieci, które faktycznie nadają się szybciej do szkoły i są gotowe emocjonalnie i intelektualnie, ale po to właśnie rząd daje wybór. Żeby takie dzieci rodzic mógł posłać, ale nie zmuszać innych. 
  • Pani nie bierze na kolana, nie tuli, bo jak? Musi robić materiał.
  • Ty mając 1,2 lub 3 dzieci nie widzisz tego ja patrząc w pracy na 30 widzę jak te dzieci się zachowują inaczej. Jak im ciężko jak stoją w kącie smutne, jak pokładają się bo nudzi je siedzenie w ławce, bo są zmęczone lekcjami
  • To, że nauczyciel nie mówi, iż jest problem nie oznacza, że go nie ma. To ty obserwuj swoje dziecko, patrz na nie jak się zachowuje. Nauczyciel widzi jaki jest rodzic, niekiedy mimo sygnałów przez niego wysyłanych rodzic i tak twierdzi, że wszystko dobrze. Skutkuje to tym, że potem nauczyciel mówi mu to, co rodzic chce usłyszeć z negatywnym skutkiem dla dziecka. Wyjdzie później, aż się zdziwisz. 
  • Twierdzicie, że można przecież iść do poradni i dziecko nie będzie musiało iść jako 6 latek. Tylko widzicie to tak nie wygląda. 
  1. Większość rodziców słyszała, że dziecko może iść bo intelektualnie jest dobrze. 
  2. Dziecko które dostało papier oddalający pójście do szkoły to trochę jak wyrok. Ten papier się ciągnie za dzieckiem, że coś było z nim nie tak, że nie poszło do szkoły, bo papier z poradni. Mimo, iż rodzice wiedzą, że to po prostu ich wybór to potem w szkole patrzą na to inaczej. To tak jak z wcześniakami lekarz patrzy na niego jako na tego słabszego.
  3. Dostanie się do poradni niekiedy graniczy z cudem.
Teraz zastanów się, czy faktycznie słusznie, chcesz strajkować i rzucasz się, że rząd dał Ci wybór. Bo ja uważam, że to bardzo dobrze. Jeśli moje argumenty Cię nie przekonały trudno, każdy ma wybór i o to właśnie w tym chodzi. Tylko potem nie mniej pretensji, że dziecko nagle zamknęło się w sobie, że sobie nie radzi, albo, że nauczyciel się "czepia" iż nie może usiedzieć w ławce. Bo to Ty dokonałeś rodzicu wyboru i posłałeś do szkoły, a tam są pewne zasady i nikt nie będzie nad twoim dzieckiem się rozczulał. Ja wybieram 7 lat, bo am wybór i dziękuje za niego. Moje dziecko jeszcze zdąży się napracować, ale ty poślij szybciej. Rząd się ucieszy szybciej zasili Twoje dziecko jako trybik w pracy i będzie płacił podatki i zasilał skarb państwa. Jaka szkoda, że zamiast polepszyć swojemu dziecku dołożysz mu rok pracy do emerytury. Z pewnością kiedyś za to Ci podziękuje :)

Wolny wybór to Twój wybór i tak powinno być, bo wszystko ma swoje dwie strony medalu i warto mieć zawsze dwa wyjścia tak jak z pójściem do szkoły. Czy 6 czy 7 to ja zadecyduje, a nie osoba trzecia, która nie zna mojego dziecka. 

sobota, 19 grudnia 2015

Etap buntu u 15 miesięczniaka


Jak w każdej rodzinie i na nas przyszła pora. Dziecię postanowiła sprawdzić na ile pozwolić sobie może. Oczywiście dziecko nie zapyta wprost ono "bada granice". Niestety najczęściej robi to krzykiem, darciem, czasem wymusza łzy. A Ty rodzicu cierpi i ogłuchnij. Czasem rzuca się na podłogę powścieka się i pójdzie. Moje niestety wpadło na jeszcze jeden pomysł złośliwości. Polega to na tym, że jak nie dam jej ciastka idzie do szafy i wywala wszystkie, z dokładnością do ostatniego rzeczy na podłogę. Najpierw pojawiała się moja frustracja, złość. No, ale co mi to kurna da, że też się wścieknę. Pokiwanie paluchem tez se w dxxpę wsadzić mogę, bo ona też mi pokiwa i tyle z tego. Obrałam jej metodę, mało pedagogiczne, ale skuteczne. Nie krzyczę, milczę, podchodzę do pudła z jej ukochanymi zabawkami i dosłownie robię to co ona. Wywalam wszystko na środek pokoju. Kiedy wszystko już leży obok kładę pudło i odchodzę sprzątać ubrania. Mina dziecka bezcenna. Ja swoją złość upuszczam wysypując zabawki, zamiast na nią krzyczeć. Potem mówię tylko do niej "I widzisz teraz Ty też musisz posprzątać to wcale nie jest miłe jak tak robisz". Nie wiem czy coś rozumie, podejrzewam, że nawet jakby wiedziała o co mi chodzi to się nie przyzna. Woli grać małą córeczkę, która jeszcze nic nie rozumie, bo jest za mała (już ja ją znam cwaniara jedna). W każdym razie o dziwo zaczyna sprzątać te zabawki, wrzuca je w wielkim szoku i amoku do pudełka z powrotem. Możecie mówić, że to złe, ale jednak teraz jak się wścieka już nie wywala, teraz obrała metodę krzyku, który woła o pomstę do nieba. Jak niedługo okna pękną wcale się nie zdziwię, sąsiedzi pewnie myślą, że ja dziecko ze skóry obdzieram, bo tak się drze. Jednak teraz ją ignoruje, sadzam na podusi o której była mowa w tekście TUTAJ. Oczywiście wydziera się dalej, ja jednak biorę książkę i ją totalnie ignoruję, zerkam tylko, co by se krzywdy nie zrobiła. Po chwili przestaje, domyślam się, że jeszcze kilka prób krzyku będzie, ale grunt to się nie poddawać. W sklepie też wymusza, chodzenie no ok, nie mam nic przeciw. Tylko, że ona się niczego nie boi, ani nikogo. Dosłownie. I lezie przed siebie nie patrzy, czy stoi za nią mama czy obca Pani. Idzie i tyle. Jak ktoś da rękę to polezie. A wiemy jak wyglądają sklepy przed świętami? To istny wyścig szczurów i walka lwów. Kosmos no i co? Wystarczy chwila nie uwagi, nawet najbardziej idealnej mamy i dziecko ginie w tłumie. Trudno dziecko się powścieka, ale nadal będzie ze mną, a nie potem będę latać po sklepie niczym wariatka w poszukiwaniu mojego dziecka, które przecież przed chwilą było obok mnie. Jedno jest pewne, dziecko ma wiele pomysłów, więc jak jedna metoda zawodzi próbuje kolejną, grunt to tępić to w zarodku. Jeśli choć raz ustąpimy dziecko poczuje, że coś może i niestety będzie dalej się buntować w ten lub inny sposób. Etap buntu mija. U jednych w wieku 2 lat, u innych dopiero w tedy się zaczyna. Jednak zawsze polega na tym samym, na sprawdzeniu przez dziecko ile może, na ile rodzic pozwoli i co osiągnę stosując pewne techniki wymuszania. Pamiętajmy to my jesteśmy rodzicami, a nie nasze dziecko, my za nie odpowiadamy. Pomyśl co będzie jak raz pozwolisz wyciągnąć mu coś z szafki z detergentami, tłumacząc, że przecież wziął tylko zakręconą pastę, ale następnym razem weźmie domestos jak nie będziesz patrzyła i dojdzie do tragedii. Czasem lepiej być "zły" rodzicem według dziecka, ale kiedyś one dorosną i zrozumieją. A tak będziecie mieć wyrzuty sumienia, że coś się dziecku stało, a wy nie zareagowaliście, a mogliście temu zapobiec.


piątek, 11 grudnia 2015

Najgorszy dzień w moim życiu...

Dziś przez te nocne bóle brzucha, wróciły koszmarne wspomnienia. Pamiętam dokładnie każdy detal tam tego dnia. Była niedziela, wszystko przygotowane na przyjazd moich rodziców, mieliśmy im powiedzieć, o ciąży. Radość, troszkę stresu. Wstałam około 7. A o 8 zaczął się koszmar najgorszy z możliwych. Dostałam krwotoku nie takiego, że plamienie w ciąży. Tylko takie jakby ktoś odkręcił kran, lało się równo. Piotr zadzwonił po pogotowie, przyjechało, nic nie mówili, zabrali do pobliskiego szpitala, siedziałam na wózku z masą podkładów. Płakałam, nie mogłam się uspokoić. To czekanie na lekarza, który miał mnie zbadać mimo, iż trwało krótko mnie wydawało się, że mijają godziny. Błagałam, żeby ratowali, pomogli mojemu dziecku. Nikt nic nie mówił. Przyszła pielęgniarka ratownik szeptał do niej co mi dolega, popatrzyła na mnie, słowem się nie odezwała. Wreszcie pojawił się lekarz, wykonał USG. Dalej trwała cisza, myślałam, że oszaleje. Nagle informacja "Proszę się uspokoić dziecko jeszcze żyje." Z początku dotarło do mnie tylko to, że żyje. Dopiero kiedy wieźli mnie na oddział, dotarło do mnie, całe zdanie wypowiedziane przez lekarza, znów wrócił strachy o życie dziecka. Tak długo się starałam, nie mogę go teraz stracić. Przyjmowałam tonę leków luteiny 3x2, duphaston 2x1, jakieś czerwone małe, jakieś niebieskie, nazw już nie pamiętam. Do tego kroplówki i leki na uspokojenie, które powodowały senność. Pod koniec dnia przyszedł lekarz. Teraz dopiero dowiedziałam się, co się stało. Okazało się, że torbiel, który rośnie razem z Lusią spowodował krwawienie, do tego pojawiły się krwiaki, które niestety krwawiły. Zatrzymali krwawienie, kazał leżeć i czekać do następnego dnia czy uda się uratować dziecko. Byłam załamana. Rodzicom zamiast powiedzieć o tym, że będą dziadkami, biedny Piotr musiał powiedzieć, że jestem w szpitalu i jestem w ciąży. Oczywiście zamiast wesprzeć jego i mnie spotkaliśmy się z krytyką i wyzwiskami, że spotkała nas kara bo dziecko poczęliśmy przed ślubem. W cale ich nie obchodziło, że nawet najmniejszy stres może spowodować, że stracę dziecko. (Ślub był od roku zaplanowany na 1 marca, dokładnie za niecałe 2 tygodnie miała odbyć się ceremonia) To był koszmarny dzień. Kiedy rodzice sobie poleźli płakałam, Piotr trzymał mnie za rękę, uspokajał. Choć jemu też było ciężko, tylko, że on nie okazuje aż tak bardzo emocji. On je chowa w sobie, kumuluje. Następnego dnia na szczęście na usg okazało się, że dziecko żyje, że jest spora nadzieja, ale muszę tu zostać do porodu. Więc leżałam, byłam szczęśliwa, że dziecko żyje i jest nadzieja, że je donoszę i urodzę. Tylko to się liczyło. Choć było cholernie ciężko leżeć w szpitalach (zwiedziłam wszystkie we Wrocławiu). Najgorsza była ta samotność, zamiast cieszyć się z Piotrkiem ciążą, to byłam sama. On chodził do pracy starał się jak mógł, odwiedzał czasem przed pracą na chwilkę czasem chwilę po pracy. To było straszne. Nie mieliśmy oparcia w nikim, nikt nas nie rozumiał, za to wszyscy krytykowali. Dziś jednak po mimo tej strasznej ciąży (jeszcze było kilka momentów grozy). Mimo walczenia o każdy dzień dłużej, by ją utrzymać w brzuchu, wiem, że zrobiłam kawał dobrej roboty. Dziś mam Lusię, ona biega koło mnie i woła mama. Jednak nie chciałabym po raz drugi przechodzić tego strachu i walki w tej ciąży obecnej. Tym bardziej, że teraz już mam jednego bombelka w domu i nie mogę tak po prostu się położyć na resztę miesięcy w szpitalu. Nie mam z kim jej zostawić. Jednak się nie poddam. Wierzę , że ta sytuacja z nocy to wynik stresu z pracy lub przemęczenia i będzie dobrze. Muszę chwytać się każdej iskierki nadziei bo inaczej zwariuje. Trzymam również kciuki za wszystkie mamusie, które teraz są z brzuszkami, abyście nigdy nie musiały walczyć o nienarodzone jeszcze dziecko.


czwartek, 10 grudnia 2015

Bajki z morałem

Postanowiłam troszkę wzbogacić mojego bloga. Podejście drugie tak zwane. Widziałam już w sieci blogi kulinarne, o zabawkach, szyciu, wychowaniu dzieci. Jednym słowem o wszystkim. Mój też zawiera szczyptę wszystkiego niczym w kuchni zupa, aby smaczna była wszystkiego szczypta być musi, żeby pyszna była. Jednak chciałabym czymś się wyróżniać, zrobić coś czego nie było. Postanowiłam wygrzebać z dna szuflady bajki terapeutyczne i z morałem dla dzieci i dorosłych :) Postaram się wrzucać filmiki raz w tygodniu tak jak było jakiś czas temu, ale będzie też wersja pisana z ręcznie malowanymi ilustracjami. Oczywiście pewnie będą też bajki kreatywne, gdzie każdy będzie zaangażowany. Już jutro pierwsza bajka się pojawi opublikowana. Więc wyczekujcie i śledźcie bloga mojego bo na nudę nie będziecie mogli narzekać. Nadchodzą bowiem zmiany i to całkiem spore. Mam nadzieję jednak, że będzie miło i przytulnie i chętnie zaglądać tu będziecie. Ja Was z Lusią serdecznie zapraszam, bo czymże by było moje pisanie bez Was. Niczym zupełnie-jak kartka z pamiętnika. 

Teraz uciekam już spać choć bezsenność dalej ciążowa doskwiera, to przynajmniej jestem wstanie nadrobić wiele spraw, gdy reszta domowników śpi :)
 

Domowe sposoby na choroby :)


Niestety pogoda taka a nie inna. Ciągle się zmienia raz zimno, za chwilę gorąco, po chwili pada a za chwile śnieg. No i masz babo placek dzieci i dorośli chorują. Nie ma jak ubrać się do pogody bo rano zimno potem już cieplutko. Coś ta zima nie zimowa :( Co rusz katar, kaszel ktoś ma w rodzinie. W aptece to chyba każdy z nas już majątek zostawił. Ja postanowiłam wypróbować kilka domowych sposobów i o dziwo, lepiej się sprawdzają na te przeziębienia niż te wszystkie leki, co krocie kosztują a wcale nie pomagają. Owszem są sytuacje podbramkowe, gdy bez antybiotyku nie ma zmiłuj się, ale jeśli od razu przy katarku, kaszlu zadziałamy jest nadzieja, że się choroba nie rozwinie i szybko do zdrowia wrócimy :) No to lecimy z tymi domowymi sposobami. (domowe sposoby można stosować u dzieci po 1 rokiem życia)


  1. SYROP Z CEBULI: 
Potrzebny nam czysty słoik szklany i cebula jedna duża lub dwie mniejsze. Cebulę obieramy i kroimy w krążki nie za grube i nie za chude, wkładamy kilka do słoika i przesypujemy cukrem, znów kładziemy kilka plastrów i znów sypiemy cukier i tak układamy warstwy aż skończy się cebula, na samą górę też sypiemy troszkę cukru, przyduszamy troszkę łyżką i odstawiamy, a po godzinie mamy syropek już gotowy. Pijemy dzieci 1-4 roku 1 łyżkę dwa razy na dobę. 

Zastosowanie: kaszel suchy, problemy z odkrztuszeniem go, zapalenie gardła.

    2. SYROP Z BURAKA

Potrzebne nam burak, cukier kuchenka gazowa lub sokowirówka lub blender. Jeśli macie kuchenkę gazową myjecie buraka, odkrawacie górę robicie wgłębienie i do wgłębienia wsypujecie łyżkę cukru, Stawiacie na palniku i czekacie, aż burak puści sok i sobie nakładacie na łyżeczkę i pijecie. Żeby uzyskać większą ilość soku, można wycisnąć sok z buraków przez sokowirówkę co jest najłatwiejsze, jednak nie każdy ma taki sprzęt. Można też blenderem, a potem przez sitko przecedzić sok, dodać trochę cukru lub miodu w tym wypadku można i pić na zdrowie :)

Zastosowanie: kaszel mokry,kaszel suchy, przeziębienie

   3. CZOSNEK

Nazywany naturalnym antybiotykiem, kiedyś nie było tylu leków, więc ludzie jedli czosnek i on im pomagał, działa bakteriobójczo. Wystarczy chlebek posmarować masełkiem a czosnek obrać i pokroić w plasterki kilka nawet i przykryć szynką/serkiem. Czosnku prawie się nie czuje, ale on pomaga :)

Zastosowanie: przeziębienie, grypa, zapalenie gardła, zatok, odporność wzmacnia

  4. MLEKO Z MIODEM I CZOSNKIEM

Gotujemy w małym garnuszku mleczko, dodajemy czosnek starkowany na tarce studzimy i gdy już jest idealny do picia dodajemy łyżkę miodu najlepiej lipowego

Zastosowanie: przeziębienie, bolące gardło

WAŻNE!!! Nigdy nie dodawaj miodu do gorącego napoju, traci on bowiem swoje właściwości lecznicze i nie tylko.

   5. HERBATA MALINOWA

Działa rozgrzewająco, nawilża gardło, pomaga się organizmowi wypocić. Idealnie napić się przed spaniem lub po powrocie z zimnego dworu. 

Zastosowanie: rozgrzewa, łagodzi ból gardła, pomaga się wypocić przy przeziębieniach, grypie

   6. HERBATA LIPOWA

Działa rozgrzewająco i nawilża drogi oddechowe, super sprawdzi się przy kaszlu lub zapaleniu gardła. Można letnią herbatkę posłodzić łyżeczką miodu

Zastosowanie: kojąco na ból górnych dróg oddechowych, gardła, pomaga się wypocić

   7. MIÓD LIPOWY

 Najlepszy wśród z miodów na przeziębienia , dodawany do herbaty, mleka pomaga zwalczyć chorobę

Zastosowanie: odporność, łagodzi ból, pomaga leczyć przy przeziębieniach

   8. HERBATA Z MIODEM I CYTRYNĄ

 To chyba, każdy potrafi przyrządzić :) 

Zastosowanie: początki przeziębienia, nie wolno jednak stosować, gdy boli, gardło lub mamy suchy kaszel, bo cytryna bardziej jeszcze podrażni, zamiast pomóc

  9. OLEJEK EUKALIPTUSOWY

Wystarczy skropić poduszkę kilkoma kropelkami lub dodać do inhalatora lub podgrzewacza do aromaterapii, żeby można go sobie wdychać :)

Zastosowanie: chore zatoki, zatkany nos, katar uporczywy, ból głowy

  10. PŁUKANKA Z SOLI KUCHENNEJ

Taką płukankę można zrobić samemu, rozpuszczając pół łyżeczki soli w pół szklanki wody, albo kupić gotowe ampułki w aptece. Płukankę należy wykonywać ok. 5 razy dziennie. Jeśli roztwór wykonuje się w domu, można posłużyć się strzykawką.

Zastosowanie: Zatkany nos, chore zatoki

  11. NAPAR Z RUMIANKU

  Robimy taką mocniejszą herbatę zalaną wrzątkiem i wdychamy opary rumianku. Taka domowa inhalacja

Zastosowanie: zatkany nos, uporczywy katar, zmniejszy obrzęk w nosie.

  12. PŁUKANKA Z SZAŁWII

Kupić szałwie można w aptece, robimy płukankę i płuczemy nią gardło. Tak 2-3 razy dziennie

Zastosowanie: bolące , piekące gardło, zmniejsza obrzęk w gardle
  
    13. SIEMIĘ LNIANE

Zaparzamy siemię lniane i pijemy, działa cuda. Wystarczy tak 3-4 razy na dobę pić.

Zastosowanie: utrata głosu, zapalenie strun głosowych, wszelkie problemy z krtanią i gardłem. łagodzi i nawilża.

     14. ROSÓŁ Z KURY

Prawdziwy, pyszny i gorący rosół z kury. Uwielbiany przez dzieci jako zupa codzienna najlepiej. Idealnie rozgrzewa i zwalcza przeziębienie. 

Zastosowanie: choroba, przeziębienie, zimno, ma właściwości przeciwzapalne, przeciwbólowe, antywirusowe i antybakteryjne. 

   15. NACIERANIE SPIRYTUSEM Z MASŁEM

Nacieramy stopy i nadgarstki spirytusem z masłem, potem zakładamy grube skarpetki lub rękawiczki i się kładziemy do łóżka. Człowiek się poci, wygrzewa i choroba sama ucieka.

Zastosowanie: przeziębienie, grypa.

   16. IMBIR

Imbir dodany do herbaty lub do potrawy leczy :) 

Zastosowanie: ułatwia trawienie, łagodzi mdłości, Zmniejsza agregację (zlepianie) płytek krwi,

Łagodzi bóle miesiączkowe,Leczy przeziębienia, działa przeciwzapalnie, leczy migrenę, 

przeciwobrzękowo, działa odkażająco (jama ustna) zwiększa koncentrację, polepsza krążenie krwi





środa, 9 grudnia 2015

Klocki drewniane - zamek istny HIT wśród klocków

Lusia ostatnio dostała na Mikołaja od swojej ukochanej cioci pudełko z klockami drewnianymi. 
Pudełko kształtem przypomina walec, na górze posiada sorter co czyni pudełko dodatkowo atrakcyjnym. Jest też doczepiony do niego uchwyt co umożliwia rodzicowi i dziecku taszczenie tego pudełka po całym mieszkaniu. Lusia już taszczenie bardzo dobrze przetestowała. Klocków jest aż 100. Z początku myślałam, że to są takie zwykłe klocki drewniane jakie już mamy i średnio zdobyły Lusi serce. Ja uwielbiam zabawki drewniane bo są ponadczasowe, trwałe (to chyba najważniejsze), kupując je wiem, że kupuje na lata, a do tego kreatywne, nie wydają dźwięku. To dziecko musi wymyślać dźwięk wydawany np. przez piekarnik, z klocków musi coś zbudować, aby otoczyła je magia zabawy i wyobraźni. Jednak Lusia wcześniej nie podzielała zdania mamy, no trudno. A te klocki ją zaciekawiły. Rozpakowała, wysypała i zaczęła się zabawa. 
Te klocki mają coś w sobie wyjątkowego i nie jest to firma, które je wyprodukowała. Posiadają dużo niespotykanych elementów. Jak np. figurki konia, księżniczki i 3 księciuniów. Figurki są rewelacyjne. Nie dość, że są pięknie wykonane, to cudownie i bajecznie kolorowo pomalowane. Księżniczkę lub księcia można posadzić na koniu i to obie figurki na raz (o dziwo jak są dwie lepiej konia się trzymają). Dodatkowo pojawią się w zestawie klocki typu daszki wież, klocki z namalowanymi tarczami, oknami, drzwiami itp. Atutem są też klocki z krawędzią typu mury zamku. Nie wiem jak to nazwać więc wrzucam zdjęcie.


Z ciekawych klocków są też 2 kolumny, dzięki którym wjazd do zamku może być pięknie ozdobiony. Lusia o dziwo klockami codziennie się bawi, a sprzątając próbuje dopasować je do sortera, który pełni rolę wieczka od pudełka na klocki. Więc uczy się też kształtów.
Nie sądziłam, że zabawa klockami, może ją tak wciągnąć, choć szczerze jej się nie dziwie. Sama także z przyjemnością przyłączam się do jej zabawy, choć mnie pozwala tylko podawać klocki, które wskaże paluszkiem, no nic dobre i tyle :) Zestaw, też jest na tyle duży, że można zbudować na prawdę wiele, nie tylko zamek dla królewny ale i jakiś mały domek, stajnie dla koni czy co tam dziecko wymyśli. Na pewno warto go też połączyć z innym zestawem klocków, wtedy to już istny raj dla budowniczych, ja na razie nie podsuwam tego pomysłu Lusi bo już te klocki są rozsypane w całym pokoju i wszędzie jakąś budowle stawia to co dopiero, gdy będzie miała do dyspozycji 200 klocków? To już będzie szaleństwo. Z tego co się dowiedziałam, klocki zostały kupione w Biedronce za 39,99zł więc wcale nie tak dużo, a uwierzcie mi są i wytrzymałe i cudownie zrobione. Wytrzymałość Lusia sprawdza ich codziennie jak wymyśla z tatą bombardowanie zbudowanej wieży lub fortecy. Nie chcecie wiedzieć jak wygląda mieszkanie po tej zabawie, bo mnie to o zawał przyprawia, no ale cóż dzieckiem się jest raz w życiu (choć w przypadku facetów - czyt. mój mąż niekiedy proces trwa ten dłużej) Jak się kocha to się pozwala niekiedy na odrobinę szaleństwa. A teraz podziwiajcie zdjęcia i poszukujcie super klocków na prezent pod choinkę :)  



środa, 2 grudnia 2015

Radość, euforia a po chwili kubeł zimnej wody....



Udało się!!! Będąc już w szpitalu z Lusią dziwnie się czułam, ale zwalałam to na stres związany pobytem w szpitalu, strachem o zdrowie córci. Jednak coś mi podpowiadało, abym zrobiła test. Więc posłusznie go wykonałam i moim oczom ukazały się 2 kreski. Matko cieszyłam się, płakałam i nie dowierzałam. Pamiętacie jak jakiś czas temu mówiłam Wam, że chciałabym znów zostać mamą? 
Strasznie się bałam, że znów będę leżeć 9 miesięcy w tych okropnych szpitalach. Ale jak to w życiu bywa, ono pisze własne scenariusze. Ten strach gdzieś mi minął na jego miejsce wdała się radość, że znów będę mamą, a Lusia będzie miała brata lub siostrzyczkę. Polazłam do ginekologa, aby potwierdzić cudowną nowinę, no bo testy niekiedy też psikusy płatają. Siedziałam, czekałam, a minuty mi się okropnie dłużyły w poczekalni. Wreszcie wlazłam, szybko do badania i HURAAA. Udało się jestem w ciąży :) biorąc pod uwagę, że jak na kobietę, która nie ma owulacji i z Lusią się długo starała to na prawdę dar z niebios, że jestem w ciąży 2. Jednak niestety już po minie lekarza widziałam, że to nie koniec wiadomości dla mnie i miałam rację. Jednak sytuacja lubi się powtarzać, prócz cudownego Maluszka, który zaczął się we mnie rozwijać, obok rośnie znów torbiel, który jest 3 razy większy od "ziarenka", który jest Maluszkiem. No szlak. A było tak pięknie. Moja pierwsza myśl. "Błagam, żeby tylko nie kazał mi leżeć, ani iść do szpitala, że ciąża zagrożona" Jak przy Lusi można było sobie na to pozwolić to teraz nie ma jak, bo już jedno dziecko mam i nie zostawię go samego w domu. Załamałam się, na szczęście mój lekarz wie jak mnie pocieszyć. "Głowa do góry, to niesamowite, że jest Pani w ciąży ta torbiel to pikuś z którą damy radę." No oby... Obiecałam sobie, że postaram się bardziej zadbać o siebie, brać znów dowcipną Luteinkę i będzie dobrze, wszystko byle nie leżeć w tym cholernym szpitalu. Za 2 tygodnie mam kontrole i normalnie modlę się, żeby cudownie tej torbieli już nie było. Mąż jak się dowiedział, ucieszył się bardziej niż bym podejrzewała. Ten to wariat już do brzucha gada " Pamiętaj, masz tam być dzielny i słuchać się mamy" Ten to zawsze wie co powiedzieć do dziecka w brzuszku. Nie powiem rozbawił mnie tą sytuacją. Ubolewam nad jednym nie będę mogła już sama znosić wózka, aby wyjść z Młodą na spacer, no ale nim to sobie zjadę po schodach :P Trzymajcie kciuki, abym za 2 tygodnie usłyszała, że zagrożenie minęło i przejdę tą ciążę jak normalna kobieta, bo chyba zwariuje.