piątek, 2 grudnia 2016

Ciąża i poród po raz drugi :)

Bałaś się kiedyś tak, że sama nie wiedziałaś co myśleć? Ja się tak bałam w 1 ciąży z Lusią. 9 miesięcy leżałam w szpitalach, zwiedziłam każdą porodówke i patologie we Wrocławiu jednak mimo wszystko donosiłam i urodziłam. Kiedy okazało się, że ja uchodząca za bezpłodną jestem w drugiej ciąży radości nie było końca. Jednak pojawił się też strach, że znowu będzie walka. Jednak lekarze mówili "Druga ciąża jest lepsza, teraz to już z górki" No dobra pomyślałam i co? Dwunasty tydzień ciąży godzina 22:15 dostałam krwotoku. Znów łzy, oddychanie, myślenie, strach. Jechanie do szpitala tam oczywiście lekarze mający cię centralnie w dupie, bo przecież 12 tydzień to jeszcze nie dziecko jak usłyszałam na izbie przyjęć. Jednak się udało krwawienie ustało. Wróciła nadzieja, no przecież już raz to przechodziłam i było szczęśliwe zakończenie o teraz też musi. Jednak w dniu kiedy miałam wyjść do domu znów poleciały skrzepy i krew.

Znów strach, pędem do położnych a tam znieczulica totalna "No i czego Pani oczekuje, tak bywa w życiu. Co ja mam Pani niby zrobić?" Cały dzień się trzesłam, nie spałam, byłam przerażona. Na USG, kolejna franca bada i co? "Ja temu dziecku nie daje szans" No super kto jeszcze dobije leżącego. W domu córka czeka i tękni za mną, a ja tu walcze o drugiego maluszka, choć znów nikt z lekarzy, położnych nie chce mi pomóc. Wyszłam do domu pełna obaw i nadzieji. Znów zaufałam Bogu, że jakoś to będzie. Tak upłynęły mi kolejne tygodnie. Owszem musiałam odpoczywać, oszczędzać się, ale nie leżałam w szpitalu. To właśnie ten szpital zniszczył mi psychikę i życie kiedy byłam w ciąży z Lusią. Tym razem chciałam w domu być z córką i ogarniałam to. Sama zajmowałam się Lusia, mąż pracował, a ja "rosłam" i dziecko rozwijało się świetnie. W 5 miesiącu znów pojawiły się schody. Ostry ból brzucha, chęć parcia. Jazda do szpitala tym razem innego z nadzieją, że będzie lepiej. O dziwo było. Okazało się, że robi się rozwarcie, szyjka zbyt szybko się skróciła. Znów zakaz chodzenia, leżeć i leżeć. Ale jak przy prawie 2 letniej córce. No nic ogarnęłam i to, Nikt nie miał czasu, sama w domu zdana na siebie. Brałam książki czytałam z nią, układałam robiłam co mogłam. Wszystko potrzebne miałam w zasięgu ręki, aby jak najmniej wstawać. Jedynie kiedy robiłam posiłki ruszałam tyłek. Niestety Lusia któregoś dnia bardzo poważnie zachorowała, pojawiły się bezdechy. Siedziałam przy niej całe noce, czuwałam. Kiedy przestawała oddychać obracałam do góry nogami trzęsłam nią, aby znów zaczęła oddychać. Raz jechałam z nią do szpitala. Wyciągnęłam ją z tego, byłąm dumna z siebie i z niej, że była taka dzielna. Jednak los postanowił z nas zadrwić jeszcze raz. Tuż po jej chorobie, kiedy wydawało się, że nastał błogi spokój dostałam w nocy skurczy co 2 minuty i krwotoku. Panika, łzy. Wtedy to już byłam przerażona. Tym razem już pojechaliśmy do 3 zupełnie innego szpitala, jednak tam były miejsca i był mój lekarz prowadzący ciążę. Pojechałam z siostrą, bo mąż był w pracy. Tak cholernie się bałam, każdy myślał, że urodzę. Leżałam na porodówce podłączona do kroplówki. Zastrzyki podane na rozwój płuc i masa innych, aby wstrzymać poród. Łzy cisnęły mi się same, choć wiedziałam że muszę się uspokoić, nie umiałam. Ten strach o dziecko mnie paraliżował. Najgorsze było to leżenie na tej porodówce, obok rodzące i cieszące się już swoimi dziećmi, a ja walcząca, aby nie urodzić. Mąż dojechał do mnie po 3 godzinach. Płakaliśmy razem, chciał być dzielny, bał się jednak tak samo jak ja. Odprawiłam go do domu, bo na dole czekała moja siostra z Lusią. Musiałam myśleć też o niej o mojej córce. Zostałam sama, przerażona. Mówiłam do brzucha, błagałam by tam siedział ten maluch. Dopiero po 8 godzinach męki poród został wstrzymany. Lekarze opanowali sytuacje a ja odetchnęłam z ulgą. Po spędzeniu ponad tygodnia w szpitalu wyszłam do domu. W 8 miesiącu dostałam dziwny przypływ siły i energii, czułam się niczym superwomen, posiadająca super moce. Mały człowiek siedział w brzuchu, a ja robiłam już wszystko. Kiedy w dniu terminu porodu nic się nie działo postanowiłam, że zrobię coś, aby go zmotywować, Pojechałam z mężem i córką na górę Ślęza, mąż do dziś się śmieje, że bał się iż urodzę. Jednak nie urodziłam. Kolejnego dnia poszliśmy do zoo z córką. Była taka szczęśliwa. Wiedziałam, że to już ostatnie chwile, kiedy jest jakby jedynaczką, że ma nas tylko dla siebie. Kolejnego dnia również spacer po ogrodzie botanicznym i mieście. Było cudownie poczułam się wspaniale po powrocie do domu bolały mnie plecy. Oczywiście jak to ja. Najpeirw panika, a potem luzik. No więc dzielnie zjadłam kolacje pyszną wymarzoną, potem z córką wygłupy, a potem skakanie na piłce. Jednak plecy bolały nadal. Zwaliłam to na zbyt duży wysiłek i ciężki, wielki brzuch. Oczywiście poszłam spać i co? Godzina 3 w nocy a Kamila wstaje a tu skurcze co 2 minuty. Budze męża, a ten z pełnym spokojem, abym się wyluzowała, bo na pewno nie rodzę. No ok. To sobie poskacze na piłce. Jednak po chwili skurcze już były co minutę. Zadzwoniliśmy do mojej sisotry a ta w piżamce bidna tak jak stała tak przyjechała :D Oczywiście plany o idealnym szpitalu o wyborze którym milion razy trwały debaty legły, bo musiałam jechać do najbliższego i wylądowałam tam gdzie z Lusią. Znów strach, że znów spieprzą mi poród, że coś będzie z dzieckiem. Oczywiście na izbie przyjęć dostałam po uszach, że do szpitala się jedzie jak skurcze są co 3 minuty, a nie co pół minuty. No, ale co ja poradzę, że nie czułam nic wcześniej. Mimo, iż nie byliśmy zapisani na sale rodzinną to ją dostaliśmy. Rodziłam z cudowną położną Panią Alą, którą pozdrawiam serdecznie. Pamiętam jak budziła mojego męża, który na chwile przymknął oko, że ja za chwile, urodzę, a ten śpi. Szymek urodził się w godzinę. Był to poród dużo przyjemniejszy od pierwszego, bo był taki idealny my sami, intymnie, wszystko szybko, dziecko zdrowe, położna pomocna. Przeżywałam to innaczej, Bardziej dojrzale, bardziej jako mama. Byłam z siebie dumna, że mimo iż tylu lekarzy nie dawało mi szans, że tylu lekarzy mówiło, że nie będę miała dzieci. A ja mam dzieci i na złość lekarzom donoszone i zdrowe. Dzisiaj wiem, że moje dzieci to silne ludziska i jak się uprą to nie ma zmiłuj, ale ciesze się , że takie są bo dzięki temu są one ze mną. Uparły się bowiem, że się urodzą i będą zdrowe i proszę :) Na pewno nie jest łatwiej, bo jest inaczej jeśli chodzi o rodzenie, ale na pewno przeżywa się to milej, niż za 1 razem.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Będzie mi bardzo miło jeśli pozostawisz po sobie jakiś ślad, że tu byłeś. Zapraszam też do nas na fanpage :)